Wypełniony namiętnością poranek. Śpiew miasta gdzieś w oddali odbija się echem o skały, tak nieprzerwanie od milinów lat życie świata biegnie odgórnie ustalonym tępem, w jednym i tym samym kierunku codziennie na nowo. Przykre, że tylko część istnień dobiega do mety. Pozostałe czekają na swoją porę. Jedne piekielnie z tego powodu cierpią inne dziękują niebiosom za kolejne dwadzieścia cztery godziny. Tak, mam na myśli owiane jesiennym chłodem, zakochane w sobie istoty. Ona tak wpatrzona w jego bursztynowe oczy. Nigdy nie czuła się tak dobrze przy jakimkolwiek innym mężczyźnie. Żaden nie zdolał rozbudzić w niej takich emocji jak On. Z niewinnej i podporządkowanej ogólnie przyjętym zasadom w społeczeństwie zmienił ją w nieokiełznaną grzesznicę. Podobało Jej się to, chciała być idealna dla swojego Ukochanego, chciała spełniać każde Jego życzenie i fantazję. Przyjęła nowe reguły, tylko i wyłącznie te narzucone przez Niego były w pełni przestrzegane. Tak zmieniona wciąż emanowała niesamowitym urokiem i nieskazitelną delikatnością. Za jeden jego pocałunek byłaby w stanie wskoczyć w ogień. Żyła u Jego boku jak zaczarowana. Każde pięć minut rozłąki rozrywało Ją i sprawiało nieopisany ból. Pragnęła wciąż czuć Jego oddech na szyji, tkwić w tych silnych ramionach, nie rozstawać się z Nim. Nigdy. Nie podejrzewała jednak, że los ma inne plany w związku z Nimi. Czekała ją droga przez męki, sześć miesięcy wypalania sie z tęsknoty za Jego głosem. Czas mija tak powoli gdy człowiek usycha i niknie w oczach bez swojego powietrza. Bez miłości. Przestawała funkcjonować. Nie jadła, nie spała, przyklejona do okna wzdychała i prosiła by po mrugnięciu powiekami Jej oczom ukazał się zarys postaci. Tak dobrze znany Jej chód, sposób w jaki macha do Niej na powitanie. Pragnęła z całego serca już być przy Nim. I nadszedł ten dzień. Dzień odrodzenia. Cztery godziny, trzy, dwie i pół, dwadzieścia minut i... i godzina opóźnienia. To nic, wróci. Jest pewna. Obiecał Jej bukiet stokrotek. Czekała kolejne dni, tygodnie, miesiące. Bez przerwy czuła jak pęka Jej serce, dusza rozpada się na kawałeczki, stopniowo i powoli umierała od środka.
Dziś otwiera ospale oczy, brąz jakby wyblakł, błysk gdzies uciekł. Mruży je, przeraźliwa biel oślepia i przypomina gdzie jest. Znowu śniła. Śniła na jawie, zapłonęła kolejny raz ogromną miłością, nabarała kolorów i jak rozgrzany metal w wodzie nagle ostygła. Znieruchomiała i zalała się łzami. Wróć do Niej, wróć. Stań na końcu mdląco białego korytarza i czekaj aż drobnymi kroczkami zbliży się do Ciebie. Zabierz Ją do lepszego miejsca. Nie pozwól zgnić w obłąkanym świecie bez uczuć !
Żeby nie było, że rzucam słow ana wiatr. Oto druga część. Kolejne w odstępie kilku dni będą.
Chii.